- Nie, dawno już tu nie byłem.

przyzwyczaić. Ale nic nie mogło wytrącić go z błogostanu.

Ricardo udał się w przeciwnym kierunku. Zapukał do kajuty szefa i położył torbę Belli na jego mahoniowym biurku.
- Wracajmy, Becky. Pozwól mu odejść.
Melancholia przeszła mu, jak ręką odjął.
Nowe wyzwanie dodało jej skrzydeł. Niewiele myśląc, skręciła z głównej drogi i wpadła między drzewa. Ścieżka była tu wąska i nierówna, więc nie mogła jechać zbyt szybko. Jednak to, co straciła, zmniejszając prędkość, nadrobiła manewrami. Cały czas trzymała się środka, więc Edward, który był tuż za nią, nie miał dość miejsca, by ją wyprzedzić. Kiedy z zarośli wyjechała na otwartą przestrzeń, wyprzedzała go o dobre dwie długości. Wiedziała, że szybko ją dogoni, więc zrobiła zwrot w lewo i zaczęła wspinać się na następne wzniesienie.
- Och, mój drogi - szepnęła. - Nie dbam o twoją przeszłość. Pragnę tylko, żebyś
„nierządnicą Hawkscliffe'ów”.
- Lepiej ty się tym zajmij, bo kiedy ja flirtuję z dziewczynami, żadna nie bierze mnie
dziedziniec i się rozejrzał, ale nigdzie nie dostrzegł uciekinierki.
się z koszmaru przeszłości, wciąż jeszcze miał on nad nim wielką władzę. Nadszedł czas,
- Wyglądasz na zagłodzoną - mruknął. - Mogę cię nakarmić. - Nachylił się, jakby
- Kurkow, musimy już iść. Dziś przedstawię pana pierwszemu ministrowi.
- Powtórzę mu pańskie słowa! - burknął z irytacją Westland.
7
się na stały związek. Dla niej.

- Dzięki, stary - mruknął. - Sam widzisz, że musisz spędzać więcej czasu z ciocią Tammy. Ona nauczy cię ładnie jeść.

Pewnego ranka, podczas porannego sprzątania planety, Mały Książę wskazał palcem na czynne wulkany i
- To nie twoja sprawa. Przestań gadać i śpij wreszcie.
Spojrzała na niego takim wzrokiem, jakby postradał rozum.
Myślała z największym trudem i ledwo oddychała, ponieważ Mark wciąż stał tuż przy niej.
- Ale dlaczego?
kolacji ani porozmawiać.
za rękę i bezceremonialnie wyciągnęła ją za drzwi. - Do¬branoc, Wasza Wysokość - rzuciła jeszcze przez ramię i już jej nie było.
naszą powinność wobec Danny'ego. Dom był pełen ludzi, co wcale nie zaskoczyło Becka. Każdy, kogo cokolwiek łączyło z Hoyle'ami, przybył tu dziś, aby oddać cześć zmarłemu. Pojawili się wszyscy dyrektorzy i kierownicy fabryki, wraz z małżonkami. Robotników przybyło tylko kilku. Byli to ludzie, którzy pracowali u Huffa niemal od samego początku. Stali z dala od wszystkich, w krawatach i koszulach z krótkimi rękawami, wyraźnie spięci faktem, że przebywają w domu Huffa Hoyle'a. Niezgrabnie trzymali talerze z jedzeniem, starając się nie upuścić niczego na podłogę. Przybyli też klakierzy, zawsze chętni do przyklaskiwania Hoyle'om, ponieważ od tego zależały ich przychody. Miejscowi politycy, bankierzy, nauczyciele, detaliści i lekarze - wszyscy czerpali zysk ze szczodrości Huffa. Gdyby któryś z nich zadarł z potentatem, w okamgnieniu wypadłby z interesów. Było to niepisane prawo i wszyscy w miasteczku o tym wiedzieli. Każdy z gości wpisał się do księgi pamiątkowej, żeby Huff wiedział o ich przybyciu, nawet jeśli nie zamieni z nimi ani słowa na przyjęciu. Najmniej liczną grupę stanowili ludzie, którzy przybyli tu dla Danny'ego. Na tle tłumu wyróżniali się tym, że ich twarze wyrażały szczery smutek. Przez większą część stypy stali stłoczeni w jednym kącie, rozmawiając przygaszonymi głosami. Nie mieli zbyt wiele do powiedzenia gospodarzom, z obojętności lub z onieśmielenia. Opuścili przyjęcie, gdy tylko pozwoliła im na to przyzwoitość. Beck wmieszał się w tłum, przyjmując po drodze kondolencje, jako bona fide członek rodziny. Sayre również spacerowała po domu, rozmawiając wyłącznie z gośćmi. Unikała Becka, Chrisa i Huffa, ignorując ich tak, jakby ich tu w ogóle nie było. Beck zauważył, że ludzie trzymali się od niej na dystans, dopóki sama do nich nie podeszła. Byli to prości mieszkańcy małego miasteczka. Sayre w niczym ich nie przypominała. Chociaż zachowywała się bardzo otwarcie, onieśmielała gości swoją klasą i elegancją. Beckowi udało się napotkać jej spojrzenie tylko raz. Szła wtedy przez główny hol domu, obejmując wypłakującą się na jej piersi Selmę. Spostrzegła, że się jej przygląda i spojrzała nań, jakby był powietrzem. Minęły dwie godziny, zanim tłum zaczął się przerzedzać. Beck dołączył do Chrisa, który buszował przy bufecie. - Gdzie jest Huff? - Pali papierosa w bibliotece. Dobra szynka. Próbowałeś? - Jeszcze nie. Z Huffem wszystko w porządku? - Sądzę, że jest po prostu zmęczony. Ostatnie dni nie należały do najlżejszych. - A jak ty się czujesz? Chris wzruszył ramionami. - Różniliśmy się z Dannym, sam wiesz najlepiej, ale mimo to był moim bratem. - Sprawdzę, co z Huffem. Zostawię cię w roli gospodarza. - Wielkie dzięki - wymruczał Chris. - Nie może być aż tak źle. Widzę Lilę Robson. - Chris szczycił się niepomiernie swoim najnowszym podbojem, potwierdzając jedynie to, co Beck od dawna podejrzewał - że mąż Lili był idiotą. - Wygląda na smutną. Przydałoby się jej nieco towarzystwa. - Nie jest smutna. Po prostu się dąsa. - Z jakiego powodu? - Uważa, że jestem z nią wyłącznie dla seksu. - Dlaczego miałaby tak myśleć? - spytał Beck sarkastycznie.
- Przecież nie odmówię mu pomocy.
- Ty wątpisz w moją zdolność do zaopiekowania się Henrym, a ja w twoją. Jak widać, dobrana z nas para. Nie, te słowne utarczki nie zaprowadzą donikąd.
- Ale teraz jesteś członkiem rodziny panującego.
Później cicho odszedł na bok i bardzo dokładnie sprawdził, czy gdzieś na planecie nie znajdują się jakieś gąsienice.
Spuściła wzrok. Bezpieczniej będzie nie patrzeć na niego. Nie z tak bliska. Wbiła spojrzenie w kołnierzyk jego koszuli. Kołnierzyk był rozpięty, widać było opaloną skórę...
jednak musiałem spojrzeć w Lustro Prawdy. Było to wielkie naczynie z wodą, bardzo podobne do twojego wulkanu,

©2019 www.advocatus.na-ladunek.bialystok.pl - Split Template by One Page Love